sobota, 11 czerwca 2016

Rozdział 6.

☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆

Harry Potter. Niedzielny wieczór, godzina około 22:00. Sypialnia czwartorocznych Gryfonów.

Harry Potter siedział na swoim łóżku oparty o ścianę. Ciemne kotary odgradzały do od reszty chłopców szykujących się ze snu, a sam Harry, jak to miał ostatnio w zwyczaju, rozmyślał. Przez ostatnie kilkanaście (a może kilkadziesiąt?) minut miał w głowie zbliżające się kolejne zadanie Turnieju - o czym dość dosadnie przypomniała mu wcześniej Hermiona. To jednak ulegało zmianie od kiedy do jego głowy wpadły wspomnienia sprzed tygodnia.
Zdecydowanie zbyt wiele myślę o cholernym Malfoyu.
Przypominając sobie niemal radosne spojrzenie, które chłopak wymienił ze Ślizgonem tydzień wcześniej, robiło mu się słabo. Oni się do siebie nie uśmiechali! Coś takiego nie miało prawa mieć miejsca i Harry przez cały ten tydzień głowił się, co takiego się zmieniło. Owszem, nie należał do ludzi zbyt spostrzegawczych czy inteligentnych, ale mimo wszystko potrafił wyciągać wnioski.
Tylko, że tutaj nawet do niczego nie doszło! Kilka listów, swoją drogą niezbyt przyjacielskich, dwie drobne wpadki, i co? To ma być powód do porzucenia ponad trzyletniej nienawiści? I może jeszcze mają to zamienić na przyjaźń? Niedoczekanie!
Potter ponownie sięgnął po list, z którym wiązały się wszystkie jego przemyślenia, i przeczytał go po raz... przestał już nawet liczyć, ile razy odczytywał te same słowa. Wystarczy, że znał tę treść niemal na pamięć.
Nagle naszła go pewna myśl. Nie odpisze. Odpuści sobie całą tą szopkę i nie będzie miał się czym zamartwiać. Przecież to takie proste i logiczne.
✖✖✖✖
Mimo decyzji, którą podjął poprzedniego wieczoru, Harry wciąż czuł się niepewnie. Siedząc na śniadaniu uparcie próbował nie patrzeć na pewnego blondyna w szatach Slytherinu, a przez dwie godziny Zaklęć jedynie wiercił się i próbował skoncentrować na wykładzie (podstawowe zaklęcia uzdrawiające), albo chociaż uspokoić. Oczywiście bez żadnego skutku.
Przez cały dzień Ron posyłał mu dziwne spojrzenia. Trochę ciekawości, trochę zdziwienia, rozbawienia... wszystko i nic. Potter po prostu je ognorował. Skoro przyjaciel nie pytał, to najwyraźniej nie chciał wiedzieć. A on nie miał ochoty z nikim o tym rozmawiać. W końcu nadal nie wspomniał o swojej korespondencji z Malfoyem, i nie zamierzał tego zmieniać.
✖✖✖✖
W czasie kolacji w końcu doszło do konfrontacji. Oboje, Ronald i Hermiona, wpatrywali się w czarnowłosego chłopca przez dobrych kilka minut, aż ten w końcu nie wytrzymał.
– Coś się stało czy mam coś na twarzy? – zapytał, nie ukrywając lekkiej irytacji.
– Nie, Harry. Po prostu się martwimy – Hermiona posłała mu spojrzenie, które faktycznie pokazywało zmartwienie.
– Widać, że o czymś nam nie powiedziałeś. A przecież jesteśmy przyjaciółmi! – Ron był prawdziwym Weasleyem. Jego emocje były silne, ale i szybkie. Szybko się obrażał i równie szybko mu przechodziło.
– Ja... Eee... – Harry starał się naprędce znaleźć jakąkolwiek wiarygodną wymówkę. Nachylił się lekko, dając znać pozostałym, że mają zrobić to samo, bo nie chce być podsłuchanym. – Nadal nie dostałem odpowiedzi od Łapy. Zastanawiam się tylko, gdzie teraz jest i czy nic mu nie grozi.
Odetchnął z ulgą widząc, że przyjkaciele mu uwierzyli. Nie chciał ich oszukiwać, w końcu byli dla niego najważniejsi na świecie. Po prostu unikał narzekania Rona i długich kazań Hermiony. Tak.
Dalsza rozmowa potoczyła się gładko, chociaż Harry wciąż musiał być czujny, co wcale nie było łatwe. Był zbyt przyzwyczajony do relaksu i rozluźnienia.

✖✖✖✖

Potter,
zdaje mi się, że nie jesteś odpowiednią osobą, by oceniać innych. Nie wiesz o mnie zupełnie nic, więc nie masz żadnych podstaw, by mówić mi, jaki jestem, czego mam zbyt wiele, a czego mi brakuje. Ale mogę ci powiedzieć, że moja samoocena wcale nie jest tak wysoka, jak Ci się wydaje. Musisz wiedzieć, że ludzie potrafią kłamać i oszukiwać. A ja do tego jestem wyjątkowo dobrym aktorem.
Doskonale wiem, że wszystkie te Twoje sukcesy nie są wcale tylko Twoje. Bez Granger i Weasleya byłbyś nikim - tak samo, jak oni bez Ciebie. Świetnie się dobraliście, doprawdy. To Cię jednak nie upoważnia do pouczania mnie. Ponownie, nic o mnie nie wiesz, więc mówienie mi, że nie znam uczucia przyjaźni jest bezcelowe. Nie chcę nawet tego komentować.
Oczywiście, że nie jesteś w stanie zmusić mnie do czegokolwiek. Jestem Malfoyem i sam decyduję, czego chcę. I Ty nie masz na to żadnego wpływu, Potter. A w tej sytuacji nie mam niczego do zyskania, więc równocześnie niczego nie stracę, a i tak będę na wygranej pozycji.

Draco L. Malfoy

PS Moje mniemanie o sobie jest odpowiednie. Zdaje się, że uczepiłeś się oceniania mnie. A sądziłem, Wybraniec powinien być lepszą osobą.

☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆

Tym razem dużo krócej, i kolejne rozdziały będą wyglądały podobnie. Uznałam, że powinnam lekko przyspieszyć akcję, a rozpisywanie się na półtorej tysiąca słów wcale mi w tym nie pomaga. Poza tym pisanie z perspektywy Harry'ego nie jest dla mnie zbyt proste. Wybaczcie mi!
Co do czasu... cóż, muszę przystać, że ostatnio nie czułam się najlepiej. Trochę choruję i spędzałam przy komputerze dużo mniej czasu, poza tym musiałam poprawić trochę ocen, no i sama wena wzięła sobie przedwczesne wakacje. Miałam duuużo chęci do pisania, ale kiedy wszystko było już gotowe, jedynie wpatrywałam się w ekran i nie potrafiłam nic zrobić. Ale próbowałam, przysięgam! 
Mam nadzieję, że nadal jest to do zaakceptowania. Kocham Was! 

wtorek, 12 kwietnia 2016

Rozdział 5.

☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆

Draco Malfoy. Sypialnia czwartorocznych Ślizgonów. Piątek, późne popołudnie, około 19:00. 

Draco siedział na swoim łóżku, opierając się plecami o ścianę. Wpatrzony był w podręcznik eliksirów leżący na jego kolanach. Eliksiry były jedynym przedmiotem, któremu poświęcał dobrowolnie tyle wolnego czasu. Nie potrzebował żadnych testów ani egzaminów, by wziąć książkę i uczyć się właściwości różnych składników czy przepisów na ponadprogramowe eliksiry.
Ale to nie działało z żadnym innym przedmiotem.
Po jakimś czasie książka została zamknięta i odłożona na stolik. Draco przeciągnął się niczym kot, i podszedł do swojego biurka, wyjmując z szuflady kilka słodkości. Nie poszedł na kolację, bo tego dnia dostał od rodziców paczkę, a że wieczorem nie jadał zbyt wiele, wystarczyło mu kilka Czekoladowych Żab czy innych łakoci.
Liżąc lizaka chłopak usiadł przy stoliku i położył przed sobą list od Pottera. Chciał na niego odpisać już tego samego dnia, w poniedziałek, ale leżąc w łóżku i zastanawiając się nad tym, co powinien napisać, przypomniał sobie twarz Wybrańca i ulgę w jego oczach, kiedy sowa dostarczyła przesyłkę. Postanowił i tym razem trochę się z nim podroczyć, dlatego przeciągał to aż do końca tygodnia. Jednak koniec tygodnia nadszedł niepodziewanie szybko, więc chcąc-nie chcąc Draco w końcu musiał zabrać się za to, co do niego należało.
Ale właśnie, czy na pewno musiał? Blondyn zastygł na chwilę w bezruchu, zastanawiając się nad tą jedną, z pozoru prostą rzeczą. Czy uznawał odpisywanie Potterowi za swój obowiązek? Dlaczego odpisywał mu na każdy list, przyglądał mu się, kiedy go odbierał, wyczekiwał przesyłek od Złotego Chłopca?
Po chwili otrząsnął się z letargu, odsuwając od siebie wszystkie tego typu myśli i postanowił nie głowić się nad tym, póki nie ma ku temu powodu. Po co miał się męczyć, kiedy to wcale nie było potrzebne? Z tą myślą przysiadł przy biurku, standardowo przygotował wszystkie potrzebne rzeczy i zabrał się do pracy.
Tym razem poszło mu wyjątkowo szybko - po kilkunastu minutach wszystko było gotowe, a Draco mógł ponownie zagłębić się w lekturze. Odłożył list do torby, by pamięta o jego wysłaniu, chwycił kilka karmelków i wrócił do łóżka, jakby wcale nie zmieniał pozycji, i tylko mlaśnięcia, które było słychać od czasu do czasu zdradzały, że coś się zmieniło.
Niedługo później Ślizgoni zaczęli wracać z kolacji. Najpierw można było usłyszeć szmery dochodzące z pokoju wspólnego, a kilka chwil potem drzwi dormitorium otworzyły się i stanął w nich Zabini.
– Draaaaaco – mruknął przeciągle, rzucając się na łóżko chłopaka i strącając jego podręcznik na podłogę. – Chyba się za tobą stęskniłem - zażartował, ostentacyjnie obejmując go w pasie i wtulając się w jego klatkę piersiową.
– Chyba sobie żartujesz, Blaise. – Draco odepchnął przyjaciela od siebie. – Odczep się – rzucił jeszcze, po czym skopał go z łóżka, aż ten wylądował na podłodze.
– Ale Draco! - Chłopak wydął dolną wargę i wyciągnął ręce w dramatycznym geście. – Nie opuszczaj mnie, mój bohaterze!
– Chyba ci na mózg padło - odpowiedział spokojnie Malfoy, nawet nie spoglądając na przedstawienie, które odgrywało się za jego plecami i nadal szukał czegoś w kufrze. – Idę się umyć.
I w ten sposób Zabini został, z lekko zaskoczoną miną, a Draco oddał się przyjemnej czynności, jaką była gorąca kąpiel.
✖✖✖✖
Draco miał ochotę polatać. Nie miał miotły w dłoni od bardzo dawna, a jego dusza gracza w quidditcha była spragniona prędkości, adrenaliny i przyjemności, którą dawało tylko i wyłącznie latanie. Był sfrustrowany, spięty i zirytowany, a co najgorsze - nie miał się na kim wyżyć.
Miał ochotę chociaż wyjść z zamku, byle tylko nie siedzieć w domu. Ale jak na złość, od rana padło, i nie zapowiadało się na to, by do końca weekendu miało przestać.
Przez to blondyn nie miał innego wyjścia, jak tylko spacerować po zamku.
Sobotnie popołudnie spędzone na bezczynnym chodzeniu po niemal pustych korytarzach. Draco przez chwilę, w akcie desperacji, chciał pójść odwiedzić ojca chrzestnego, szybko jednak zrezygnował z tego pomysłu. Wiedział, że profesor Snape nie lubi niezapowiedzianych wizyt, a ponad to nie znosił, kiedy zabierało mu się wolny  czas w weekendy. Cóż, Snape nie był jedyna osobą, która błogosławiła wolne dni, a jako nauczyciel odganiał się w tym czasie od uczniów, jak tylko mógł.
Skręcając w kolejny korytarz na, zdaje się, czwartym piętrze, Malfoy dość niespodziewanie w kogoś wpadł. Nie przejąłby się tym, gdyby zaraz po zderzeniu nie usłyszał dźwięku tłuczonego szkła. Mógł być złośliwy, ale przecież miał swój honor.
– Wybacz – mruknął cicho, zerkając przed siebie, ale jego wzrok nie znalazł nikogo. Prowadzony intuicją skierował głowę w dół, gdzie zauważył rozwalonego na posadzce... Pottera.
Zdaje się, że Potter nabył dziwny nawyk wpadania w Draco.
– Potter? – Ślizgon był lekko zdziwiony tym nagłym spotkaniem, szybko jednak przybrał swoją standardową maskę złego chłopca. – Co ty tutaj robisz?
– Idę – odburknął czarnowłosy, macając wokół siebie, by odnaleźć okulary. Nie zdążył jednak nic zrobić, bo Malfoy schylił się i chwycił poszukiwany przedmiot. Przyjrzał się dokładnie popękanym szkołom i westchnął.
– Same problemy – szepnął jakby sam do siebie, wyciągając różdżkę i wypowiadając zaklęcie reperujące, po czym wsunął naprawione okulary w dłoń Harry'ego. Ten, mocno zaskoczony, założył je i i gdyby nie to, że wciąż siedział, to na pewno znów by upadł. Przed oczami zmaterializowała się dłoń blondyna, który oferował pomoc.
– Dalej, ruszaj się – syknął Malfoy, kiedy drugi chłopiec wciąż trwał w bezruchu. – Zaraz cię tu zostawię.
Harry bez zastanowienia chwycił bladą dłoń, która pomogła mu się podnieść, jednak zaraz odsunął się na bezpieczną odległość.
– Co ci się stało, Malfoy? – zapytał podejrzliwie Wybraniec. – Wpadanie na mnie było okej, ale nigdy nie spodziewałam się pomocy z twojej strony.
– Mógłbym zapytać o to samo ciebie, Potter - odpowiedział, wracając do obojętnego tonu. – Gdzie twoi wierni przyjaciele, gotowi, by zawsze ci pomóc? Skoro zniknęli, to ktoś musiał ich zastąpić. Poza tym, jakby nie patrzeć, tez miewam przebłyski dobroci. I uznajmy, że to był jeden z nich – po czym wyminął zdezorientowanego rozmówcę i wrócił do samotnego spacerowania.
Przez cały czas jednak głowił się nad tym, co go skłoniło do tego typu zachowania. Bądźmy szczerzy, mógł być miły dla każdego, ale nie dla Pottera! Draco sam nie potrafił zrozumieć, co takiego się stało, że zachował się tak bardzo... inaczej.
✖✖✖✖
Przez pozostałą część soboty oraz całą niedzielę humor Draco nie uległ zmianie. Wciąż był lekko zdezorientowany, chociaż bardzo starał się to ukryć. I chyba szło mu całkiem nieźle, bo nikt nie zapytał, co się dzieje.
Może się bali? Cóż, to ie jest ważne. Co by nie było, Malfoy miał święty spokój.
Dopiero w poniedziałek musiał się skupić. Poprzedniego wieczora wysłał sowę, która jak zwykle miała dostarczyć list na poniedziałkowym śniadaniu. Chłopak tego dnia nie czuł się zbyt dobrze, zdaje się, że ilość słodyczy odrobinę mu zaszkodziła. Dzięki temu przez cały ranek nie tknął prawie nic, a jego jedynym zajęciem było popijanie ukochanej herbaty i przyglądaniu się ludziom w Wielkiej Sali.
I nie, jego spojrzenie przez cały czas wcale nie lądowało na Potterze. WCALE. 
W końcu do sali wleciały sowy. Draco skrycie, jak mu się zdawało, przyglądał się czarnowłosemu. Kiedy sowa wylądowała przy jego talerzu, jego zielone oczy zaświeciły, a chwilę po tym nieświadomie odszukały Malfoya, który siedział idealnie na przeciwko. Żaden z chłopców nie był w stanie zidentyfikować zabawnego i jednocześnie uroczego blasku, które widniało w spojrzeniu Gryfona, ale stało się coś, o czym wiedział tylko młody Malfoy, i co wyrzucał sobie przez kolejny miesiąc.
Kiedy ich spojrzenia się spotkały, miał ochotę się uśmiechnąć.
Cholera, no nie. 

✖✖✖✖

Malfoy, 
Twoje mniemanie o samym sobie jest tak wysokie, że chwilami mnie to przeraża. Rozumiem, że samoocena jest czymś ważnym, ale zbyt wysoka chyba zaczyna być wadą. Pojmowanie siebie jako ideału nie wydaje się być dobre. 
I nigdy nie mówiłem, że zawdzięczam zwycięstwa sobie i swoim umiejętnościom. Wiedza Hermiony zawsze była dla mnie ogromnym oparciem, tak samo, jak przyjaźń jej i Rona. Być może jeszcze tego nie wiesz, ale przyjaźń to na prawdę cenna rzecz. Może tak samo cenna, jak magia. 
Cóż, nie będę Cię zmuszał do niczego. Nie, żebym sądził, że jestem w stanie, ale spieranie się w tym temacie nie ma żadnego sensu. A jeśli stracisz wygraną, to jedyną osobą, która będzie żałować, będziesz właśnie Ty. Ja niczego nie stracę. 

Harry J. Potter

PS Zdaje się, że nie zyskałbym niczego ani wśród Ślizgonów, ani tym bardziej Gryfonów. Wygląda na to, że masz trochę złe mniemanie o tym, co Cię otacza.

☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆

Wracam do Was z kolejnym rozdziałem. Mam nadzieję, że jeszcze o mnie nie zapomnieliście! :/ 
Odrobinę zmieniłam formę opowiadania, zamierzam też jak najszybciej poprawić poprzednie rozdziały (żeby nie było między nimi różnicy). Martwię się również odrobię o prędkość rozwoju akcji... Boję się, że wszystko wyjdzie za szybko, a chcę tego uniknąć. Z drugiej strony pozostawienie wszystkiego cały czas w bezruchu także nie wydawało mi się dobre. Mimo wszystko liczę na to, że będzie Wam to odpowiadało, więc czekam na Wasze opinie! ^u^
PS Zdałam na prawko za pierwszym podejściem! Więc uważajcie, kiedy wychodzicie na drogę, bo wciąż brakuje mi jednego - doświadczenia. XDDD 

poniedziałek, 7 marca 2016

Rozdział 4.

☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆

Harry Potter. Hogwart, Pokój Wspólny Gryffindoru. Poniedziałek, około godziny 20:00.

Harry siedział na starej, zniszczonej sofie w Pokoju Wspólnym. Przy nim pół-leżał Ron, zaraz obok Hermiona, a na stoliku przed nimi rozrzucone były stosy notatek i książek. Po raz pierwszy od dawna uczyli się całą trójką, ponieważ następnego dnia czekał ich bardzo ważny test z eliksirów.
Nic nie było bardziej stresujące od testu z eliksirów. Mecze quidditcha, walka z trójgłowym psem, wielkie pająki w Zakazanym Lesie czy latanie hipogryfem - nic z tych rzeczy nie stresowało Harry'ego bardziej, niż Severus Snape i jego śmiertelnie skomplikowane pytania na testach z eliksirów. I właśnie przez wizję kolejnego T Harry (jak i pozostała część Gryfonów czwartego roku) zakuwał.
– Nie mam pojęcia, o co chodzi z tymi śluzami – jęknął nagle Ron, przerywając panującą ciszę. – Co za różnica, czy to winniczek, czy inne robactwo. Ślimak to ślimak!
– Chodzi o skład, Ronaldzie – mruknęła Hermiona, nie podnosząc głowy znad notatek. – Różne gatunki mają różny wpływ na eliksiry. To oczywiste.
Harry wolał nie wtrącać się w tą sprzeczkę, zostawił więc przyjaciół, którzy sprzeczali się o sens rozróżniania ślimaczego ślizu, i udał się do swojej sypialni. Miał dość czytania w kółko tego samego. Wiedział, że już więcej niczego się nie nauczy, dodatkowo nie mógł się w ogóle skupić. Rozpraszała go myśl o leżącym pod jego poduszką liście.
Po tygodniu oczekiwania dostał swoją odpowiedź. Był ciekawy, co takiego się stało, że Malfoy opóźnił ich korespondencję. Mimo jego opinii o blondynie, Harry był niemal pewien, że jako dziedzic szlachetnego rodu, Draco posiada wszystkie te cechy, jak punktualność, znakomita pamięć czy dobre wychowanie (to ostatnie przynajmniej w teorii), dlatego był zaskoczony, kiedy zdarzały mu się takie wpadki, jak ta.
Kiedy znalazł się już w dormitorium, przysiadł przy swoim kufrze. Przygotował wszystkie potrzebne rzeczy i najpierw zajął się odpisywaniem na list od Syriusza, który także dostał tego ranka. Jak zwykle stawiał swojego ojca chrzestnego na pierwszym miejscu. W końcu był on jego jedyną rodziną.
Po krótkim czasie mógł wziąć się za drugi list. Potter wiedział, że odpisywanie Malfoyowi zajmie mu o wiele więcej czasu. Z Syriuszem rozmawiał naturalnie, pisał wiadomości do niego za jednym razem, bez zastanowienia. Nie musiał myśleć o tym, jak skleić zdanie - tak, jak to robił w przypadku Ślizgona. W kontaktach z nim musiał być o wiele ostrożniejszy.
Rozwinął pergamin i nie ukrywając ciekawości, zaczął czytać. Przeczytał kilka pierwszych słów i nagle podniósł głowę, wgapiając się w ścianę przed sobą. Od kiedy tak bardzo emocjonował się przy czytaniu głupich listów? Przecież to nie było nic nadzwyczajnego. Gdyby korespondował z dziewczyną czy przyjacielem, wszystkie te emocje miałyby jakieś podstawy. Ale dlaczego tak cieszył się z listów od swojego wroga? Od początku nienawidził Malfoya, nie potrafił się z nim porozumieć. Co takiego się zmieniło?
Potrząsnął lekko głową, starając się wyrzucić z głowy tego typu myśli. To nie był dobry czas na rozmyślanie o takich rzeczach. Szybko wrócił do czytania, by jak najprędzej odpisać i móc wrócić do łóżka.
Zdążył wsunąć obie przesyłki do torby, kiedy drzwi otworzyły się i do pomieszczenia wpadł Ron i Neville. Ten drugi powlókł się do swojego kufra i od razu zaczął przebierać się w piżamę, mrucząc pod nosem coś, co brzmiało jak "nienawidzę eliksirów". Ron natomiast usiadł na swoim łóżku i zaczął się bawić figurką Kruma.
– Czemu uciekłeś, zostawiając mnie na pastwę Hermiony i ślimaków? –  zapytał rudowłosy, zerkając na przyjaciela. Harry tylko wzruszył ramionami i położył się na łóżku, zakładając ręce za głowę.
– Chciałem jak najszybciej odpisać Wąchaczowi. Nie lubię zamartwiać go jeszcze bardziej – odpowiedział ściszonym głosem.
– Rozumiem... przez te eliksiry padam na twarz – chłopak szybko zmienił temat, odsuwając wątek Blacka na później. – Chyba idę spać. A jeśli jutro znów zawalę ten test, rzucam eliksiry.
– Ja tak samo – odparł żartobliwie Potter, wiedząc, że żaden z nich by tego nie zrobił. – Dobranoc.
Kilka minut później w pomieszczeniu słychać było ciche pochrapywanie chłopców. Dean i Seamus wrócili kilka minut wcześniej, jednak zapadnięcie w sen nie zabrało im wiele czasu. Wszyscy byli okropnie zmęczeni, tylko Harry leżał bezczynnie i rozmyślał.
Udało mu się zasnąć dopiero po północy.
✖✖✖✖
Następnego dnia wszyscy nadal byli poddenerwowani. Hermiona przy śniadaniu zadawała chłopcom pytania, ci jednak po kilku minutach zaczęli ją ignorować. Woleli skupić się na jedzeniu (w końcu śniadanie to najważniejszy posiłek w ciągu dnia, jak zwykła im powtarzać Granger), niż jeszcze bardziej zaprzątać sobie głowę eliksirami.
– Mam nadzieję, że Snape w końcu trochę sobie odpuści z tymi pytaniami – wymamrotał Ron, napychając sobie buzię owsianką.
– Złudne twe nadzieje! – westchnął teatralnie Harry, robiąc do tego dramatyczną minę, a po chwili obaj chłopcy roześmiali się, co skutkowało oczywiście rozbryzganiem wokół siebie przez rudzielca owsianki zmieszanej ze śliną.
W odrobinę lepszych humorach, chwilę później cała trójka skończyła śniadanie i udała się do znienawidzonej klasy eliksirów. To znaczy, znienawidzonej przez męską część towarzystwa. Hermiona nigdy nie mówiła, że nie lubi eliksirów.
Obawy Harry'ego spełniły się. Zadania był trudne, jak zwykle zresztą. Chłopak czasem odwracał wzrok i przyglądał się Ronaldowi, który w nerwowym skupieniu przygryzał końcówkę swojego pióra.
Kiedy czas się skończył i Mistrz Eliksirów wypuścił uczniów z sali, Harry odetchnął. Dzięki pomocy Hermiony trochę się pouczył i widział tego efekty, bo odpowiedział na większość pytań. Chciał ją zaczepić, by móc jej jak najszybciej podziękować, ale zdążył tylko dotknąć jej ramienia, kiedy potknął się o nikt-nie-wie-co i wylądował na czyichś plecach.
– Przepraszam – mruknął, odsuwając się od osoby, która ochroniła go od upadku. Spojrzał lekko w górę i spostrzegł jasnoblond włosy.
– Uważaj trochę, Potter – mruknął, widząc za sobą Harry'ego i odszedł, śmiejąc się z chłopaka, który stanął jak wryty ze szczęką niemal na posadzce. Szybko jednak pozbierał się i dogonił swoich przyjaciół, którzy dyskutowali o ślimakach. Znowu.
– Dlaczego ten cholerny nietoperz wyjechał ze ślimakami, których nazwy nawet nie potrafię wymówić? Zupełnie nie wiedziałem, o co chodzi. Głupie ślimaki! – Naburmuszony Weasley, nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź, poszedł w kierunku sali zaklęć.
– Właśnie, Hermiono. Powinienem ci podziękować za pomoc. Kolejny raz uratowałaś mi życie – Harry uśmiechnął się do dziewczyny, która jedynie pokręciła głową.
– Nie ma sprawy. Tym razem niewiele zrobiłam, więc nie masz mi za co dziękować.
W podobnych nastrojach minęły im kolejne trzy godziny. Dwie godziny zaklęć i godzina obrony przed czarną magią - wyjątkowo spokojna, patrząc na styl nauczania profesora Moody'ego. Wychodząc z sali obrony, Harry przypomniał sobie o listach, które miał wysłać.
– Muszę iść do sowiarni – rzucił do Rona, patrząc na niego znacząco. – Zaczekajcie w Wielkiej Sali, zaraz do was dojdę. – Rudowłosy przytaknął i razem z Granger poszedł w przeciwnym kierunku, zaczynając tłumaczyć jej, że chodzi o list do Blacka.
Potter szybkim krokiem przemierzał zamkowe korytarze, a po kilku minutach był już w odpowiedniej wieżyczce. Wybrał dużą, czarną sowę, i nakazał jej dostarczyć list do swojego ojca chrzestnego, a przesyłkę do Malfoya przekazał mniejszej, szarobrązowej sówce. Zadowolony, wyszedł z pomieszczenia i ignorując burczenie w brzuchu skierował się w dół, myśląc głównie o gorących ziemniakach i pachnącym kurczaku.

✖✖✖✖

Potter,
to nie tak, że Malfoyowie tylko wysłuchują komplementów. Po prostu jesteśmy tak wspaniali, że inni ludzie potrafią nas tylko chwalić. Bardzo proste i logiczne, prawda?
Jestem pewien, że Twoje zwycięstwa zawdzięczasz głównie dużej ilości szczęścia. Prawdopodobnie Granger i jej wiedza też mają w tym swój udział, ale to nie jest ważne. Posiadanie kogoś mądrego obok siebie jest również swego rodzaju szczęściem.
A jeżeli sądzisz, że założę się, by wygrać dzięki Tobie, to jesteś w błędzie. Zawdzięczanie czegoś Tobie, Potter, byłoby hańbą. Jak wtedy pokazałbym się ojcu na oczy?

Draco L. Malfoy

PS Zdaje się, że musiałbyś mieć najpierw mieć tę opinię, byś mógł ją w jakiś sposób zszargać. Poza tym, na kontaktach ze mną tylko byś zyskał, w przeciwieństwie do tego, co stałoby się ze mną, gdyby ktoś wiedział, że z Tobą rozmawiam.

☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆

Jestem, i nadal żyję.
Wracam do Was po długiej przerwie z nadzieją, że jeszcze o mnie pamiętacie. Bo pamiętacie, prawda?
Ostatnio trochę się działo. Moja osiemnastka, trochę chorowania, przez to mam zaległości w szkole (w końcu zaczęłam się uczyć!) i prawo jazdy. Niedługą będę zdawała egzamin, trzymajcie za mnie kciuki!
I mam do Was pytanie: chcecie, żeby poza głównym wątkiem pojawiły się jakieś wątki poboczne? Inne pary, może jakieś dodatkowe historie... Trochę o tym myślałam, ale sama nie wiem. Chciałabym znać Waszą opinię!~

piątek, 22 stycznia 2016

Rozdział 3.


Draco Malfoy. Hogwart, dormitorium Slytherinu. Poniedziałek. 

Draco zawsze lubił weekendy. Mógł się wyspać, spędzić czas z przyjaciółmi, jeść kiedy chciał... do tego nie musiał myśleć o nauce. A co najważniejsze - nie był zmuszony do oglądania strasznych twarzy uczniów Gryffindoru. Doceniał te dwa dni w tygodniu, które dawały mu tak wiele przyjemności. Jednak wiadomo: wszystko, co dobre, kiedyś się kończy.
Kolejny tydzień był dla Malfoya istną katorgą. Już od długiego czasu nie poświęcił tylu godzin na naukę i myślenie. Lubił łatwe i praktyczne rozwiązania, a takich nie dało się stosować w teście z historii magii czy egzaminie z zielarstwa... którego zupełnie nie rozumiał. O ile eliksiry nie sprawiały mu żadnej trudności, o tyle zielarstwo było dla niego czymś z zupełnie obcej galaktyki. No cóż. Jedynym plusem całego tego tygodnia był brak obowiązkowych treningów quidditcha. Gdyby musiał pojawiać się także tam, padłby z wycięczenia.
Mimo tego wszystkiego, jak na Malfoya przystało, Draco wyszedł bez szwanku i kolejny weekend rozpoczął z podniesioną głową. Co nie zmienia faktu, że przespał niemal całą sobotę.
Wychylił się ze swojego dormitorium dopiero w niedzielne popołudnie. Wszyscy z jego rocznika wglądali niczym inferiusy - każdy starał się, jak mógł, by nie zawalić żadnego przedmiotu; profesor Snape był bardzo wymagający, jeśli chodziło o poziom nauki jego podopiecznych. Przez wygląd swoich kolegów i koleżanek blondyn czuł się jeszcze lepiej. Jako jedyny miał talent do szybkiego zapamiętywania informacji oraz odzyskiwania dobrej kondycji tylko poprzez wysypianie się, jak każdy Malfoy. To zawsze dodawało mu pewności siebie.
Do wieczora siedział w Pokoju Wspólnym razem ze swoimi przyjaciółmi, śmiejąc się i relaksując po okropnym tygodniu. Nigdy nie narzekał na to, że musi się uczyć bo wiedział, że robi to wszystko dla siebie i swojej przyszłości, mimo to bywały chwile, kiedy był po prostu zmęczony i potrzebował relaksu. Był nie tylko Malfoyem, ale też człowiekiem. 
Dopiero, kiedy wrócił do swojego dormitorium, przypomniał sobie o liście. Leżał już w łóżku, czysty i gotowy do snu, kiedy do głowy znikąd wpadła mu myśl o wiadomości od Pottera. Po krótkim przemyśleniu uświadomił sobie, gdzie ów list powinien się znajdować, toteż z niemałym wysiłkiem podniósł się z ciepłego już łóżka i szybko skierował się ku biurku, by poszukać wszystkich rzeczy - listu, pergaminu, pióra, atramentu. Rozwinął pognieciony już lekko pergamin, przejechał po nim dłonią by jako-tako go wyprostować, i od razu zabrał się za lekturę, Jak zwykle, nie musiał poświęcać temu zbyt wiele czasu, gdyż wszystkie listy miały podobną długość. Na koniec delikatnie się uśmiechnął, po czym bez zbędnego ociągania się zaczął pisać odpowiedź. W końcu spieszyło mu się z powrotem do łóżka.
Pierwszy raz uwinął się z tym tak szybko, co nawet samego Draco lekko zdziwiło. Co jeszcze dziwniejsze, zaczynało mu to wszystko sprawiać coraz większą przyjemność... Zabawna sprawa. Chłopak postanowił jednak na razie nie zgłębiać tego tematu, odłożył tylko list do swojej torby, pozostałe rzeczy także ustawił na swoim miejscu, i szybko uciekł do łóżka, zakopując się w cieplutkiej kołdrze i zasypiając niemal od razu. 
Następnego dnia, w poniedziałkowy poranek, wszystko wróciło do swojego klasycznego trybu istnienia. Niezliczone ilości uczniów przelewały się przez korytarze zamku; pędzili do odpowiednich klas na swoje zajęcia, biegli do dormitorium po zapomniane eseje, w pośpiechu powtarzali notatki na najbliższe testy... a czwartoroczni Ślizgoni odetchnęli z ulgą i spokojnie zmierzali na zajęcia z transmutacji. Wszystko było tak, jak być powinno, nawet Draco od czasu do czasu uśmiechał się i włączał do rozmowy z przyjaciółmi. 
Już od dawna nie zdarzył się dzień, kiedy wszyscy żyli w takim spokoju. W czasie obiadu nikt nikomu nie posyłał morderczych spojrzeń (przynajmniej Draco takowych nie zauważył), nikt się z nikim nie kłócił, nie krzyczał, nie atakował... być może w końcu Dumbledore zdecydował się dolać do soku dyniowego eliksiru szczęścia. Tak. 
– Cholera...  syknął w którymś momencie Zabini, kiedy wszyscy pozostali zajęci byli ziemniakami, kurczakiem i sałatką. Kilka osób zebranych wokół niego obróciło głowę we wiadomym kierunku. 
– Co się stało, Blaise?  zapytała Pansy fałszywie zatroskanym głosem. – Nie zrobiłeś sobie krzywdy? 
– Nie wydaje mi się  odparł sucho chłopak, pochylając się jednocześnie ku swojej torbie. – Poradzę sobie bez twojej pomocy, Parkinson. 
Dziewczyna machnęła głową niczym obrażona kotka i wróciła do dźgania swojej sałatki. Malfoy zauważył jednak, że mimo wcześniejszych słów jego przyjaciel ma problem.
– Co jest, Blaise? - ponowił pytanie dziewczyny, pochylając się lekko w stronę ciemnoskórego. – Jeśli masz jakiś problem, to wal. 
– Jasne, że mam  w głosie Zabiniego można było z łatwością wyczuć zdenerwowanie.– Miałem przepisać notatki z ostatnich zajęć z eliksirów, ale na śmierć zapomniałem!  Chłopak w końcu przestał grzebać w książkach i zrezygnowany wrócił do maltretowania posiłku. – A teraz już nie zdążę. Cholera!  powtórzył ze złością, waląc pięścią w stół. Tym razem więcej głów obróciło się w jego kierunku. 
– Spokojnie, nie masz się o co wkurzać –  Malfoy nie wydawał się przejmować problemem przyjaciela. Posłał tylko ciekawskim spojrzenie numer trzynaście (spierdalać albo spalę was na stosie) i sięgnął do swojej torby. Szybko przeszperał kilka rzeczy w poszukiwaniu odpowiedniego pergaminu, aż po chwili wyciągnął zgubę z uśmiechem. Jednocześnie na podłogę wypadła inna kartka.
– Cholera!  mruknął blondyn, na co drugi chłopak zaśmiał się nerwowo.
– Co, ty też?
– Nie, spoko. Trzymaj  wręczył mu notatki i podniósł się z ławeczki. – Możesz je zatrzymać. Ja już to umiem, tobie przydadzą się bardziej.
– Dzięki, ratujesz mi tyłek. – Blaise z uśmiechem ulgi odebrał notatki, po czym posłał przyjacielowi pytające spojrzenie. – Wybierasz się gdzieś?
– Tak  rzucił Draco, łapiąc swoja torbę i nie zwracając uwagi na pozostałych, wstał i powoli skierował się do wyjścia. – Zobaczymy się na zajęciach. 
Draco na śmierć zapomniał o liście. Nie, żeby się przejmował korespondencją z Potterem, nigdy w życiu. Bardziej chodziło tu o jego honor. Poza tym był dość porządną osobą i zawsze dbał, by pamiętać o wszystkim. Wychowany w rygorystyczny sposób, nauczył się, jak ważne jest, by o niczym nie zapominać. Ojciec zawsze udowadniał mu, że wszystko ma swoje konsekwencje.
Skierował swoje kroki ku sowiarni, aby nie spóźnić się na zajęcia eliksirów. Kiedy po kilku minutach dotarł na miejsce, wybrał pierwszą z brzegu sówkę, oddał jej list, podał jej nadawcę i tak szybko, jak wpadł, wyleciał z pomieszczenia, obierając lochy jako swój cel.
Wpadł do sali profesora Snape'a w ostatniej chwili, kilka sekund przed nauczycielem. Siadając na swoim miejscu zauważył, że Potter posłał mu przelotne spojrzenie. Kiedy chwilę później ich spojrzenia się spotkały, Draco wysilił się i uśmiechnął (uśmiech numer dziesięć - "wszystko pod kontrolą") i skupił się na wykładzie nauczyciela. Był nieco zły na siebie, że cokolwiek wypadło mu z głowy. Malfoyowie nie zapominają.



✖✖✖✖

Malfoy, 
jestem doskonale świadomy tego, że nie prawisz ludziom komplementów. Wolisz ich wysłuchiwać. To bardziej w stylu Malfoyów, prawda? 
Musisz też wiedzieć, że nie zamierzam przegrywać. Nie jestem tak głupi, jak Ci się wydaje, a poza tym mam dużo szczęścia (co najwyraźniej Ci umknęło). Nie zabił mnie Voldemort, bazyliszek ani inne dziwactwa, a mam się dać smokowi? Nie ma szans! 
Myślę, że możesz odważyć się na kolejny zakład. Wygrasz go wtedy dzięki mnie i będę mógł się szczycić całe życie, że coś dzięki mnie wygrałeś. 
Przemyśl to koniecznie. 

Harry J. Potter

PS Nie musisz się o to martwić. Gdyby nasz kontakt został ujawniony, nie tylko Ty miałbyś zszarganą opinię.



☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆


Wracam po długiej przerwie... Mam nadzieję, że nadal ktoś mnie lubi. Starałam się z tym rozdziałem! Mam nadzieję, że kolejny będzie trochę szybciej. Trzymajcie kciuki!