wtorek, 12 kwietnia 2016

Rozdział 5.

☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆

Draco Malfoy. Sypialnia czwartorocznych Ślizgonów. Piątek, późne popołudnie, około 19:00. 

Draco siedział na swoim łóżku, opierając się plecami o ścianę. Wpatrzony był w podręcznik eliksirów leżący na jego kolanach. Eliksiry były jedynym przedmiotem, któremu poświęcał dobrowolnie tyle wolnego czasu. Nie potrzebował żadnych testów ani egzaminów, by wziąć książkę i uczyć się właściwości różnych składników czy przepisów na ponadprogramowe eliksiry.
Ale to nie działało z żadnym innym przedmiotem.
Po jakimś czasie książka została zamknięta i odłożona na stolik. Draco przeciągnął się niczym kot, i podszedł do swojego biurka, wyjmując z szuflady kilka słodkości. Nie poszedł na kolację, bo tego dnia dostał od rodziców paczkę, a że wieczorem nie jadał zbyt wiele, wystarczyło mu kilka Czekoladowych Żab czy innych łakoci.
Liżąc lizaka chłopak usiadł przy stoliku i położył przed sobą list od Pottera. Chciał na niego odpisać już tego samego dnia, w poniedziałek, ale leżąc w łóżku i zastanawiając się nad tym, co powinien napisać, przypomniał sobie twarz Wybrańca i ulgę w jego oczach, kiedy sowa dostarczyła przesyłkę. Postanowił i tym razem trochę się z nim podroczyć, dlatego przeciągał to aż do końca tygodnia. Jednak koniec tygodnia nadszedł niepodziewanie szybko, więc chcąc-nie chcąc Draco w końcu musiał zabrać się za to, co do niego należało.
Ale właśnie, czy na pewno musiał? Blondyn zastygł na chwilę w bezruchu, zastanawiając się nad tą jedną, z pozoru prostą rzeczą. Czy uznawał odpisywanie Potterowi za swój obowiązek? Dlaczego odpisywał mu na każdy list, przyglądał mu się, kiedy go odbierał, wyczekiwał przesyłek od Złotego Chłopca?
Po chwili otrząsnął się z letargu, odsuwając od siebie wszystkie tego typu myśli i postanowił nie głowić się nad tym, póki nie ma ku temu powodu. Po co miał się męczyć, kiedy to wcale nie było potrzebne? Z tą myślą przysiadł przy biurku, standardowo przygotował wszystkie potrzebne rzeczy i zabrał się do pracy.
Tym razem poszło mu wyjątkowo szybko - po kilkunastu minutach wszystko było gotowe, a Draco mógł ponownie zagłębić się w lekturze. Odłożył list do torby, by pamięta o jego wysłaniu, chwycił kilka karmelków i wrócił do łóżka, jakby wcale nie zmieniał pozycji, i tylko mlaśnięcia, które było słychać od czasu do czasu zdradzały, że coś się zmieniło.
Niedługo później Ślizgoni zaczęli wracać z kolacji. Najpierw można było usłyszeć szmery dochodzące z pokoju wspólnego, a kilka chwil potem drzwi dormitorium otworzyły się i stanął w nich Zabini.
– Draaaaaco – mruknął przeciągle, rzucając się na łóżko chłopaka i strącając jego podręcznik na podłogę. – Chyba się za tobą stęskniłem - zażartował, ostentacyjnie obejmując go w pasie i wtulając się w jego klatkę piersiową.
– Chyba sobie żartujesz, Blaise. – Draco odepchnął przyjaciela od siebie. – Odczep się – rzucił jeszcze, po czym skopał go z łóżka, aż ten wylądował na podłodze.
– Ale Draco! - Chłopak wydął dolną wargę i wyciągnął ręce w dramatycznym geście. – Nie opuszczaj mnie, mój bohaterze!
– Chyba ci na mózg padło - odpowiedział spokojnie Malfoy, nawet nie spoglądając na przedstawienie, które odgrywało się za jego plecami i nadal szukał czegoś w kufrze. – Idę się umyć.
I w ten sposób Zabini został, z lekko zaskoczoną miną, a Draco oddał się przyjemnej czynności, jaką była gorąca kąpiel.
✖✖✖✖
Draco miał ochotę polatać. Nie miał miotły w dłoni od bardzo dawna, a jego dusza gracza w quidditcha była spragniona prędkości, adrenaliny i przyjemności, którą dawało tylko i wyłącznie latanie. Był sfrustrowany, spięty i zirytowany, a co najgorsze - nie miał się na kim wyżyć.
Miał ochotę chociaż wyjść z zamku, byle tylko nie siedzieć w domu. Ale jak na złość, od rana padło, i nie zapowiadało się na to, by do końca weekendu miało przestać.
Przez to blondyn nie miał innego wyjścia, jak tylko spacerować po zamku.
Sobotnie popołudnie spędzone na bezczynnym chodzeniu po niemal pustych korytarzach. Draco przez chwilę, w akcie desperacji, chciał pójść odwiedzić ojca chrzestnego, szybko jednak zrezygnował z tego pomysłu. Wiedział, że profesor Snape nie lubi niezapowiedzianych wizyt, a ponad to nie znosił, kiedy zabierało mu się wolny  czas w weekendy. Cóż, Snape nie był jedyna osobą, która błogosławiła wolne dni, a jako nauczyciel odganiał się w tym czasie od uczniów, jak tylko mógł.
Skręcając w kolejny korytarz na, zdaje się, czwartym piętrze, Malfoy dość niespodziewanie w kogoś wpadł. Nie przejąłby się tym, gdyby zaraz po zderzeniu nie usłyszał dźwięku tłuczonego szkła. Mógł być złośliwy, ale przecież miał swój honor.
– Wybacz – mruknął cicho, zerkając przed siebie, ale jego wzrok nie znalazł nikogo. Prowadzony intuicją skierował głowę w dół, gdzie zauważył rozwalonego na posadzce... Pottera.
Zdaje się, że Potter nabył dziwny nawyk wpadania w Draco.
– Potter? – Ślizgon był lekko zdziwiony tym nagłym spotkaniem, szybko jednak przybrał swoją standardową maskę złego chłopca. – Co ty tutaj robisz?
– Idę – odburknął czarnowłosy, macając wokół siebie, by odnaleźć okulary. Nie zdążył jednak nic zrobić, bo Malfoy schylił się i chwycił poszukiwany przedmiot. Przyjrzał się dokładnie popękanym szkołom i westchnął.
– Same problemy – szepnął jakby sam do siebie, wyciągając różdżkę i wypowiadając zaklęcie reperujące, po czym wsunął naprawione okulary w dłoń Harry'ego. Ten, mocno zaskoczony, założył je i i gdyby nie to, że wciąż siedział, to na pewno znów by upadł. Przed oczami zmaterializowała się dłoń blondyna, który oferował pomoc.
– Dalej, ruszaj się – syknął Malfoy, kiedy drugi chłopiec wciąż trwał w bezruchu. – Zaraz cię tu zostawię.
Harry bez zastanowienia chwycił bladą dłoń, która pomogła mu się podnieść, jednak zaraz odsunął się na bezpieczną odległość.
– Co ci się stało, Malfoy? – zapytał podejrzliwie Wybraniec. – Wpadanie na mnie było okej, ale nigdy nie spodziewałam się pomocy z twojej strony.
– Mógłbym zapytać o to samo ciebie, Potter - odpowiedział, wracając do obojętnego tonu. – Gdzie twoi wierni przyjaciele, gotowi, by zawsze ci pomóc? Skoro zniknęli, to ktoś musiał ich zastąpić. Poza tym, jakby nie patrzeć, tez miewam przebłyski dobroci. I uznajmy, że to był jeden z nich – po czym wyminął zdezorientowanego rozmówcę i wrócił do samotnego spacerowania.
Przez cały czas jednak głowił się nad tym, co go skłoniło do tego typu zachowania. Bądźmy szczerzy, mógł być miły dla każdego, ale nie dla Pottera! Draco sam nie potrafił zrozumieć, co takiego się stało, że zachował się tak bardzo... inaczej.
✖✖✖✖
Przez pozostałą część soboty oraz całą niedzielę humor Draco nie uległ zmianie. Wciąż był lekko zdezorientowany, chociaż bardzo starał się to ukryć. I chyba szło mu całkiem nieźle, bo nikt nie zapytał, co się dzieje.
Może się bali? Cóż, to ie jest ważne. Co by nie było, Malfoy miał święty spokój.
Dopiero w poniedziałek musiał się skupić. Poprzedniego wieczora wysłał sowę, która jak zwykle miała dostarczyć list na poniedziałkowym śniadaniu. Chłopak tego dnia nie czuł się zbyt dobrze, zdaje się, że ilość słodyczy odrobinę mu zaszkodziła. Dzięki temu przez cały ranek nie tknął prawie nic, a jego jedynym zajęciem było popijanie ukochanej herbaty i przyglądaniu się ludziom w Wielkiej Sali.
I nie, jego spojrzenie przez cały czas wcale nie lądowało na Potterze. WCALE. 
W końcu do sali wleciały sowy. Draco skrycie, jak mu się zdawało, przyglądał się czarnowłosemu. Kiedy sowa wylądowała przy jego talerzu, jego zielone oczy zaświeciły, a chwilę po tym nieświadomie odszukały Malfoya, który siedział idealnie na przeciwko. Żaden z chłopców nie był w stanie zidentyfikować zabawnego i jednocześnie uroczego blasku, które widniało w spojrzeniu Gryfona, ale stało się coś, o czym wiedział tylko młody Malfoy, i co wyrzucał sobie przez kolejny miesiąc.
Kiedy ich spojrzenia się spotkały, miał ochotę się uśmiechnąć.
Cholera, no nie. 

✖✖✖✖

Malfoy, 
Twoje mniemanie o samym sobie jest tak wysokie, że chwilami mnie to przeraża. Rozumiem, że samoocena jest czymś ważnym, ale zbyt wysoka chyba zaczyna być wadą. Pojmowanie siebie jako ideału nie wydaje się być dobre. 
I nigdy nie mówiłem, że zawdzięczam zwycięstwa sobie i swoim umiejętnościom. Wiedza Hermiony zawsze była dla mnie ogromnym oparciem, tak samo, jak przyjaźń jej i Rona. Być może jeszcze tego nie wiesz, ale przyjaźń to na prawdę cenna rzecz. Może tak samo cenna, jak magia. 
Cóż, nie będę Cię zmuszał do niczego. Nie, żebym sądził, że jestem w stanie, ale spieranie się w tym temacie nie ma żadnego sensu. A jeśli stracisz wygraną, to jedyną osobą, która będzie żałować, będziesz właśnie Ty. Ja niczego nie stracę. 

Harry J. Potter

PS Zdaje się, że nie zyskałbym niczego ani wśród Ślizgonów, ani tym bardziej Gryfonów. Wygląda na to, że masz trochę złe mniemanie o tym, co Cię otacza.

☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆

Wracam do Was z kolejnym rozdziałem. Mam nadzieję, że jeszcze o mnie nie zapomnieliście! :/ 
Odrobinę zmieniłam formę opowiadania, zamierzam też jak najszybciej poprawić poprzednie rozdziały (żeby nie było między nimi różnicy). Martwię się również odrobię o prędkość rozwoju akcji... Boję się, że wszystko wyjdzie za szybko, a chcę tego uniknąć. Z drugiej strony pozostawienie wszystkiego cały czas w bezruchu także nie wydawało mi się dobre. Mimo wszystko liczę na to, że będzie Wam to odpowiadało, więc czekam na Wasze opinie! ^u^
PS Zdałam na prawko za pierwszym podejściem! Więc uważajcie, kiedy wychodzicie na drogę, bo wciąż brakuje mi jednego - doświadczenia. XDDD 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz